Powrót do papieru w upadłości konsumenckiej? To nie naprawa systemu, tylko krok wstecz
Powrót do papieru w upadłości konsumenckiej to krok wstecz
W toku prac legislacyjnych nad nowelizacją prawa upadłościowego pojawiła się propozycja, która – choć przedstawiana jako odpowiedź na realne problemy praktyczne – w istocie oznacza odejście od jednego z kluczowych kierunków reformy z ostatnich lat. Chodzi o dopuszczenie możliwości składania pism procesowych i dokumentów przez konsumentów z pominięciem systemu teleinformatycznego, czyli w praktyce powrót do papieru.
Uwaga uwzględniona Projekt uzupełniono o następująca zmianę:
w art. 216aa:
a) ust. 1 otrzymuje brzmienie: „1. Osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej mogą wnosić pisma procesowe oraz dokumenty z pominięciem systemu teleinformatycznego obsługującego postępowanie sądowe.”
b) ust. 5 otrzymuje brzmienie: „5. Jeżeli Osoby, o których mowa w ust. 1 wnoszą pismo za pośrednictwem systemu teleinformatycznego obsługującego postępowanie sądowe, przepis art. 130 § 6 Kodeksu postępowania cywilnego stosuje się odpowiednio.”
c) dodaje się ust. 6 w brzmieniu: „6. Do adwokata, radcy prawnego, osoby posiadającej licencję doradcy restrukturyzacyjnego reprezentującego uczestnika postępowania ust. 1–5 nie stosuje się.”;
3) w art. 4912: a) ust. 3 otrzymuje brzmienie: „3. Wniosek o ogłoszenie upadłości może zgłosić dłużnik, z uwzględnieniem przepisów art. 8 i art. 9. W przypadku, o którym mowa w art. 216aa ust. 1, wniosek o ogłoszenie upadłości składa się na formularzu.”
W celu zachowania spójności systemowej analogiczną zmianę wprowadzona także w art. 169b ustawy Prawo restrukturyzacyjne.
Ta zmiana pojawiła się niejako „przy okazji” opiniowania projektu i – co istotne – ma charakter bardzo szeroki. Nie chodzi już tylko o pojedyncze wyjątki, ale o realne rozszczelnienie zasady, zgodnie z którą postępowanie upadłościowe prowadzone jest w sposób elektroniczny, za pośrednictwem Krajowego Rejestru Zadłużonych.
I trzeba to powiedzieć jasno: to jest zły kierunek.
KRZ nie jest systemem idealnym – ale to nie powód, żeby się cofać
Nie dlatego, że system KRZ działa dobrze. Nie działa. Jest nieintuicyjny, trudny w obsłudze, momentami wręcz nieprzyjazny dla użytkownika. Osoba, która pierwszy raz ma z nim styczność, często nie jest w stanie samodzielnie się w nim odnaleźć. To wszystko jest prawdą i nie ma sensu tego bronić.
Ale czym innym jest krytyka wadliwego narzędzia, a czym innym zgoda na to, żeby w odpowiedzi na jego niedoskonałości cofać się do rozwiązań sprzed lat.
Bo dokładnie z tym mamy do czynienia.
System KRZ od 2021 roku nie jest wyłącznie rejestrem. Jest narzędziem do prowadzenia postępowania. To przez niego wnosi się wnioski, składa pisma, doręcza dokumenty i przegląda akta. Cała idea polegała na tym, żeby odejść od papieru, przyspieszyć postępowania, uporządkować obieg dokumentów i zapewnić wszystkim uczestnikom dostęp do informacji w jednym miejscu.
Powrót do papieru nie rozwiązuje problemu – tylko go przenosi
Dzisiaj natomiast pojawia się pomysł, żeby w imię walki z wykluczeniem cyfrowym dopuścić szeroką możliwość działania poza systemem.
Tylko że ten pomysł nie rozwiązuje problemu. On go przenosi.
Jeżeli dopuścimy składanie pism poza systemem, to ktoś będzie musiał te dokumenty przyjąć, zeskanować, wprowadzić do KRZ i przypisać do sprawy. To nie zniknie. To wróci do sądów, sekretariatów i kancelarii. Zamiast jednego spójnego obiegu dokumentów dostaniemy model hybrydowy, w którym część akt istnieje w systemie, a część funkcjonuje poza nim.
Ale problem jest jeszcze głębszy i ma charakter systemowy.
Już dziś mamy kilka równolegle funkcjonujących kanałów komunikacji z państwem. Mamy Krajowy Rejestr Zadłużonych, przez który prowadzi się postępowania upadłościowe. Mamy skrzynki e-Doręczeń, które rozwijają się jako odrębny system. Mamy ePUAP, który nadal funkcjonuje i w wielu sprawach jest wykorzystywany. Do tego dochodzi klasyczna forma papierowa.
I teraz pojawia się pytanie: ile jeszcze tych kanałów chcemy mieć?
Bo w praktyce oznacza to, że sąd, doradca restrukturyzacyjny czy urząd musi sprawdzać kilka niezależnych źródeł komunikacji. Osobno KRZ, osobno ePUAP, osobno e-Doręczenia, osobno korespondencję papierową. Każdy z tych systemów działa według własnej logiki, rozwija się niezależnie i nie zawsze jest ze sobą kompatybilny.
Jeżeli do tego dołożymy kolejne wyjątki i pozwolimy na swobodne składanie pism poza systemem, to w praktyce dokładamy kolejny kanał komunikacji, zamiast upraszczać cały model.
A przecież sens informatyzacji jest dokładnie odwrotny.
Chodzi o to, żeby był jeden system, jedno miejsce, jedno źródło informacji i jeden kanał komunikacji. Taki, który jest spójny, przejrzysty i możliwy do kontrolowania.
Nie o to chodzi, żeby tworzyć równoległe, konkurujące ze sobą kanały, które funkcjonują obok siebie i generują chaos.
Bo jeżeli pójdziemy tą drogą, to zaraz dojdziemy do absurdalnych wniosków. Skoro ktoś nie radzi sobie z KRZ, to może dopuśćmy składanie pism przez ePUAP. Skoro ePUAP jest trudny, to może przez e-Doręczenia. A skoro to nadal za trudne, to może przez e-mail. A może przez komunikatory, skoro dla wielu osób są one najbardziej naturalną formą kontaktu.
Tylko że państwo i wymiar sprawiedliwości nie mogą funkcjonować w taki sposób.
To nie jest kwestia technologii, tylko powagi i spójności systemu prawnego.
Zamiast mnożyć kanały komunikacji, należy je upraszczać i integrować. A powrót do papieru idzie dokładnie w przeciwnym kierunku.
Efekt będzie jeden: większy chaos, większe ryzyko błędów i – paradoksalnie – jeszcze wolniejsze postępowania.
Model hybrydowy to ryzyko chaosu i sporów
Zresztą już dziś widać, do czego to może prowadzić. Jeżeli dłużnik złoży sprawozdanie w formie papierowej, a dokument nie zostanie wprowadzony do systemu w sposób zapewniający dostęp innym uczestnikom, wierzyciel nie będzie miał do niego wglądu.
W konsekwencji może uznać, że obowiązki nie są wykonywane i podejmować działania, które w rzeczywistości okażą się niepotrzebne.
Zamiast uproszczenia mamy więc ryzyko generowania dodatkowych sporów i nieporozumień.
Problemem nie jest elektronizacja – tylko jej jakość
To jest dokładnie ten moment, w którym ustawodawca powinien się zatrzymać i zadać sobie pytanie: czy problem rzeczywiście polega na tym, że postępowanie jest elektroniczne, czy raczej na tym, że system, który ma je obsługiwać, został źle zaprojektowany?
Moim zdaniem odpowiedź jest oczywista.
Problemem nie jest sama elektronizacja. Problemem jest jakość jej wykonania.
Tym bardziej, że mówimy o systemie, który od początku był traktowany jako inwestycja długoterminowa. Ustawodawca nie tylko stworzył Krajowy Rejestr Zadłużonych i zlikwidował wcześniejszy rejestr, ale jednocześnie zaplanował jego wieloletnie finansowanie z budżetu państwa.
Co istotne, nie są to środki jednorazowe. To nie jest projekt „zrobimy i zapomnimy”. Wręcz przeciwnie – ustawodawca przewidział stały, rosnący poziom wydatków aż do 2030 roku.
Już w 2021 roku było to 3,66 mln zł. Rok później 6,62 mln zł. Następnie 6,88 mln zł w 2023 roku i ponad 7 mln zł w 2024 roku. W kolejnych latach planowane są dalsze wzrosty: 7,32 mln zł w 2025 roku, 7,56 mln zł w 2026 roku, 7,82 mln zł w 2027 roku, 8,09 mln zł w 2028 roku, 8,38 mln zł w 2029 roku i aż 8,69 mln zł w 2030 roku.
To nie jest przypadek.
To pokazuje bardzo wyraźnie, że ustawodawca zakładał, iż system będzie:
rozwijany,
utrzymywany,
udoskonalany
i dostosowywany do rosnących potrzeb użytkowników.
Mamy więc do czynienia z projektem, który z założenia miał być stale rozwijany i finansowany coraz większymi środkami publicznymi.
I właśnie w tym miejscu pojawia się zasadnicza sprzeczność.
Skoro co roku przeznaczamy coraz większe pieniądze na funkcjonowanie i rozwój KRZ, to dlaczego zamiast go ulepszać, zaczynamy tworzyć od niego wyjątki i wracać do papieru?
Bo tak naprawdę oznacza to jedno.
Nie naprawiamy systemu, tylko próbujemy go omijać.
A to prowadzi do bardzo niebezpiecznej sytuacji, w której państwo finansuje dwa równoległe modele:
system elektroniczny, który nie działa tak, jak powinien,
oraz powracający system papierowy, który miał zostać zlikwidowany.
To nie jest racjonalne gospodarowanie środkami publicznymi.
To jest de facto przyznanie, że mimo rosnących nakładów finansowych nie udało się stworzyć narzędzia, które spełnia swoje podstawowe założenia.
Dlatego jeszcze raz trzeba to jasno powiedzieć.
Problemem nie jest to, że postępowanie jest elektroniczne.
Problemem jest to, że system – mimo wieloletniego finansowania i rosnących nakładów – nie został dopracowany na poziomie użytkownika końcowego.
A odpowiedzią na to nie powinno być jego obchodzenie.
Tylko jego naprawa. Wykluczenie cyfrowe to nie argument za powrotem do papieru
W dyskusji bardzo często pojawia się argument tzw. wykluczenia cyfrowego. Oczywiście, są osoby, które nie radzą sobie z obsługą systemów informatycznych. To jest fakt. Ale nie można z tego wyciągać wniosku, że należy cofnąć cały model postępowania.
Bo wtedy za każdym razem, gdy narzędzie publiczne okaże się nieintuicyjne, odpowiedzią będzie powrót do papieru.
To prowadzi donikąd.
Zamiast tego państwo powinno uprościć system, stworzyć intuicyjny interfejs, wprowadzić prosty tryb dla konsumenta, zintegrować postępowanie z profilem zaufanym czy aplikacją mObywatel i zapewnić realne wsparcie dla osób, które sobie nie radzą.
Powrót do papieru nie jest naprawą. Jest obejściem problemu.
Upadłość to prawo, a nie obowiązek
W tej dyskusji pojawia się jeszcze jeden bardzo istotny argument. Upadłość konsumencka to nie jest obowiązek. To jest prawo.
Jeżeli ktoś chce z tej możliwości skorzystać, to powinien być gotów do pewnego minimalnego wysiłku i do współdziałania z procedurą.
Nie można budować systemu w ten sposób, że każde utrudnienie po stronie uczestnika prowadzi do obniżania wymagań proceduralnych. W przeciwnym razie ciężar całego postępowania zostaje przerzucony na państwo i innych uczestników.
To nie jest zdrowy kierunek.
Oddłużenie nie może oznaczać braku obowiązków
Oddłużenie nie może oznaczać całkowitego rozluźnienia obowiązków. Nie może też oznaczać, że system będzie projektowany pod najniższy możliwy poziom zaangażowania uczestnika.
Państwo powinno zapewnić dostępność procedury, ale dostępność nie oznacza rezygnacji z jej struktury.
Nawet praktycy mówią jasno: to krok wstecz
Warto też zauważyć, że nawet w środowisku prawniczym propozycja odejścia od elektronizacji jest oceniana krytycznie. Podkreśla się, że elektroniczne prowadzenie postępowań stało się standardem, a proponowana zmiana to krok wstecz, który może wydłużyć postępowania i zwiększyć ich koszty.
Jednocześnie wskazuje się, że problem wykluczenia cyfrowego powinien być rozwiązywany poprzez wsparcie, a nie przez demontaż systemu.
https://www.prawo.pl/biznes/pisma-poza-krz-w-upadlosciach-ms-szykuje-zmiane,1543106.html
Wniosek: nie cofajmy się – naprawmy system
Nie bronię KRZ jako systemu. Wymaga on poprawy, uproszczenia i realnego dostosowania do użytkownika.
Ale jednocześnie uważam, że odchodzenie od elektronizacji postępowania upadłościowego jest błędem.
To nie jest naprawa.
To jest cofnięcie się do punktu wyjścia.
Jeżeli system jest zły, to trzeba go poprawić. Jeżeli jest nieintuicyjny, to trzeba go uprościć. Jeżeli jest trudny dla obywatela, to trzeba obywatelowi pomóc.
Ale nie należy rezygnować z kierunku, który był słuszny.
Powrót do papieru nie rozwiąże problemu.
On tylko sprawi, że będziemy mieli dwa problemy zamiast jednego.

